sobota, 21 marca 2015

      W czasie naszej miesięcznej przygody kaukaskiej mieliśmy okazję obcować z ludźmi z różnych grup etnicznych. Na naszym podróżnym szlaku, oprócz oczywiście Gruzinów i Ormian, stanęli m.in. Swanowie, Megrelowie, Abchazowie, muzułmańscy Adżarowie, jeden pocieszny Azer oraz Mołokanie. Na szczególną uwagę zasługują ci ostatni. Mołokanie są przedstawicielami swoistej grupy religijnej, wyznającej własną wersję prawosławia. Nazwa pochodzi z XVII wieku i wiąże się z tym, że w czasie postu odmawiali oni zakazu picia mleka. Ponadto odrzucali takie filary prawosławia jak: istota Trójcy Świętej i duchowieństwa, czy świętość ikon. Twórca zbuntowanej doktryny został skazany na męczeńską śmierć poprzez łamanie kołem. Ówczesnej władzy carskiej szczególnie nie podobało się pacyfistyczne podejście Mołokan. Często odmawiali oni obowiązku służby w armii, za co byli zsyłani na rubieże imperium. Cześć z nich została wygnana na Kaukaz. Mijały stulecia, zmieniał się ustrój (i to nie raz), granice w regionie przesuwały się, a kaukascy ''amisze'' tak jak za dawnych lat wiodą sobie spokojny żywot w dwóch, blisko siebie usytuowanych osadach, należących obecnie do Armenii. Dalej tworzą zamkniętą enklawę. Kojarzą się w pary tylko w obrębie własnej populacji. Ktoś kto jedzie malowniczą drogą z Dilidżanu do Wanadzoru może się lekko zdziwić. Po pierwsze: natrafia na dwie nieormiańsko brzmiące wioski: Fioletowo i Lemontowo, a po drugie: ich mieszkańcy mają słowiańskie rysy twarzy i mówią tylko po rosyjsku.
        My byliśmy świadomi ich obecności na naszym szlaku i tak się złożyło, że załapaliśmy się na nocleg u wielodzietnej mołokańskiej rodziny. Pobyt ten jeszcze na długo zapadnie w naszej pamięci. Spędziliśmy sporo czasu na rozmowie z Siergiejem - głową rodu. Reszta domowników jakoś unikała kontaktu z nami. Sam Siergiej też początkowo podchodził do nas z pewną dozą ostrożności. Parę razy dopytywał, czy nie jesteśmy przypadkiem dziennikarzami? Aparat Pawła budził dodatkową nieufność. Z czasem nasz gospodarz otworzył się. Dał się nawet namówić na zrobienie zdjęcia. Czuł się jednak nieswojo w tej sytuacji, więc Paweł poprzestał na tym jednym. Sergiej twierdził, że wszyscy tutejsi Mołokanie utożsamiają się z narodem rosyjskim. Sam z dumą pokazywał nam paszport Federacji Rosyjskiej. On i jego pobratymcy posyłają dzieci do własnych szkół, gdzie nauka odbywa się w ich ojczystym języku. Nikt tu na co dzień nie posługuje się językiem ormiańskim, a tylko nieliczni znają go w stopniu zaawansowanym. Mołokanie do dziś pozostają wierni swojej religii. Nie mają swojego kapłana, ani cerkwi. Miejscem spotkań i kontaktu z Bogiem jest jedynie dom modlitewny. Wyróżnia ich  umiłowanie do posiadanej ziemi, a jej uprawa stanowi podstawowe zajęcie. Wszystkie produkty, jakie wylądowały na stole w ramach poczęstunku, były własnej roboty. Siergieja ucieszyło nasze zainteresowanie ziołami, które dorzucał do herbaty. Przerobiliśmy z nim chyba cały atlas zielarski, łącznie z prezentacją co i gdzie rośnie u niego na ogrodzie. Nasz gospodarz opowiadał nam o swoich przygodach w armii radzieckiej - widocznie stosunek Mołokan do służby wojskowej na przestrzeni lat uległ zmianie. Ponadto z zachwytem opowiadał o swoim pobycie w urokliwym Petersburgu, w ogóle cała Rossija charszo. Na pytanie dlaczego nie zamieszka w swoje pięknej ojczyźnie, Siergiej stwierdził, że tam ludzie nie te, tylko piją i palę, a on woli spokojny żywot wśród swoich, na ziemi, która od wieków stanowi tę osobliwą enklawę.
 

wtorek, 17 marca 2015


30 września 2014
Dzień 8. Zugdidi - Khorga 40 km

Poprzedni dzień bez historii. W dwóch turach rezydowaliśmy w knajpie o polskiej nazwie ''Dom Wschodzącego Słońca''. Trochę przelało się  tego i owego z rodakami i nie tylko, a dziś wstajemy wczesnym ranem. Chęć zignorowanie odgłosu budzika jest ogromna, ale nie mamy wyjścia. Mając już dosyć górskich klimatów poprosiliśmy wczoraj naszego gospodarza, aby umówił nam marszrutkę, która ma nas zabrać do Zugdidi. Przeszło godzina schodzi nam na ogarnięcie tego całego nieładu jaki udało nam się wygenerować w czasie zaledwie dwudniowego pobytu w pensjonacie. Punkt godzina 7 mamy już zniesiony cały majdan i wyczekujemy naszego transportu na drodze. Jak na gruzińskie standardy bus podjeżdża w miarę punktualnie. Póki co jesteśmy jedynymi pasażerami. Rowery instalujemy na dachu, a sakwy lądują na tyłach zdezelowanego busa. Ruszamy w objazdówkę po Mestii, w czasie której nasz pojazd zapełnia się innymi turystami oraz autochtonami do ostatniego miejsca. Trasa do Zugdidi przez długi czas biegnie w malowniczej, a zarazem niebezpiecznej scenerii. Liczne zakręty i skruszone fragmenty skał nie przeszkadzają kierowcy w iście wyścigowej jeździe. Co jakiś czas w dole ukazują się jeziora o szmaragdowej barwie. W pewnym momencie zwalniamy. Na przodzie busa, zdominowanym przez Gruzinów, poruszenie. Wszyscy spoglądają w prawą stronę, gdzie przerwane fragmenty betonowej bariery są uzupełnione policyjną taśmą. Nie sposób dojrzeć nic w odległym dole, ale musiało tu dojść do jakieś tragedii. Kierowca rzuca jakiś komentarz i wraca do swojego rajdowego stylu. Popołudniową porą w końcu docieramy do stolicy regionu Megrelia. Mijamy centrum i odbijamy na Batumi. Nasz szofer chyba zapomniał o nas, więc zwracam mu uwagę, że zgodnie z planem chcemy wysiąść w Zugdidi. Zjeżdżamy na pobocze, gdzie dłuższą chwilę zajmuje nam dogrzebanie się do bagaży. Montujemy sakwy i po półtoradniowej przerwie od siodła wracamy do pedałowania. Cofamy się do centrum, w którym wymieniamy walutę w banku i zaopatrujemy się w gruzińską kartę do telefonu. Następnie udajemy się do wcześniej upatrzonego bistro. Zamawiamy dwudaniowy obiad i dzban czaju. Czekamy na jedzenie, a na zewnątrz zrywa się ulewa.

Po obfitym posiłku przeciągamy powrót na trasę, w nadziei na poprawę pogody. W końcu decydujemy się na jazdę w deszczu i po godzinie 14-stej opuszczamy Zugdidi. Kierujemy się w stronę nadmorskiego Poti. Teren płaski i monotonny do bólu. Na szczęście opady ustają. Dobijamy do miejscowości uzdrowiskowej, w której według przewodnika mają znajdować się źródła termalne. Postanawiamy skorzystać. Pytamy lokalsów o drogę do owego miejsca, jednak nikt nic nie wie. Zawiedzeni wracamy na trasę. Nudną jazdę przerywa nam jedynie widok ślubnej pary przed prawosławną świątynią. Paweł szybko zeskakuje z roweru i robi im sesję fotograficzną. Niestety, a może i stety, nie zapraszają nas na uroczystości weselne. W miejscowości Khobi odbijamy z głównej trasy. Po kolejnej godzinie pedałowania zaczynamy już rozglądać się za noclegiem. Zatrzymujemy się koło przydomowego sklepu. Niczego nam specjalnie nie brakuje, chcemy bardziej zagadać, niż zaopatrzyć się. Kupujemy jakieś pierdy, a na odchodne rzucam nasze wyćwiczone "SKAZITE PAŻALSTA GDE MY MOŻEM POSTAWIT PALATKU?" (Powiedz proszę gdzie możemy rozbić namiot?). Ku naszej uciesze właścicielka proponuje nocleg u siebie. Lora, bo tak ma na imię, zamyka sklep i zaprowadza nas na piętro swojego domu, gdzie mieści się świeżo wyremontowana sypialnia. Wkrótce poznajemy również jej schorowanego męża Guliego oraz córkę Teonę. Dobrych kilka godzin spędzamy wspólnie. Tematów do rozmów nie brakuje. Szczególną ciekawość okazują przedstawicielki tej sympatycznej megrelskiej rodziny. Odpowiadamy na liczne pytania z kategorii jak się żyje w Polsce. Na mapie pokazuję im przebytą trasę. Nasze rozmówczynie nie mogą pojąć skąd pomysł na taką formę podróżowania-rower przecież służy do przemieszczania się w konkretnym celu i na krótki dystans, a nie do turystyki. Ciężko wytłumaczyć, że pozowanie świata zza kierownicy jednośladu niesie niesamowite przeżycia, że daje poczucie wolności, że człowiek staje się częścią przebytej drogi i  ma więcej okazji do kontaktów z ludźmi. Kontaktów takich jakie właśnie doświadczamy, tutaj w jakiejś wiosce na gruzińskiej prowincji. Teona za moją namową wpisuje się do mojego podróżnego dziennika. Do dziś nie udało mi się rozszyfrować jej koślawych szlaczków skrobniętych na całą stronę, ale jakoś żywię przekonanie, że są to cieple słowa.

czwartek, 5 lutego 2015

27 września 2014
Dzień 5. Lentekhi - Tsena 42 km

Noc nie należała do przyjemnych. Szumiąca woda i zimno sprawiły, że były nieliczne momenty, w których udało mi się zmrużyć na dłużej oczy. Celem na dzisiaj jest dotarcie do najwyżej usytuowanie stałej osady w Europie (o ile uznamy, że Gruzja nie leży na azjatyckim kontynencie). Istnieją dwie drogi prowadzące do Uszguli, obie w fatalnym stanie. Decyzja o wyborze zapadła parę dni temu. Wzmianka w przewodniku, że dotarcie od strony Lentekhi jest odradzane musiała rodzić retoryczne pytanie - Ale, że my nie damy rady? Paweł, a raczej jego rower, nie da rady. Z wiadomości od niego wiem, że jest już w Kutaisi i idzie dzisiaj do serwisu rowerowego. Po usunięciu awarii ma dojechać marszrutką do Mestii, skąd wspólnie będziemy kontynuowali kaukaską eskapadę. Ja natomiast mam do pokonania jakieś 70 km z hakiem. Tuż przed świtem po zwinięciu obozowiska jestem prawie gotowy na to wyzwanie. Jeszcze tylko łyk czaczy dla kurażu i ruszam. Trasa początkowo biegnie dnem wąwozu. Mimo czystego nieba jest jeszcze na tyle ciemno, że jadę przy włączonych lampkach. Obecność asfaltu szybko staje się tylko wspomnieniem. Wspinam się teraz rozmytą drogą gruntową. Co jakiś czas zapychają się mi błotniki i w celu oczyszczenia ich wjeżdżam w spływający równolegle potok. Z każdą mijaną wioską wiążą się skoki adrenaliny. Styczność z agresywnymi psami nie należy do przyjemnych. Pałętają się one gromadnie i gdy tylko przecinam im drogę to ruszają za mną w zaciekłym pościgu. Najlepszą obroną jest atak, więc po pierwszym kontakcie uzbrajam się w kamienie oraz kij i jakoś wychodzę z tych opresji. Największą grozę budzi jeden owczarek kaukaski. Gdy tylko mnie wyczuwa od razu się zrywa. Jest jednak za ogrodzeniem, więc myślę sobie - ,,Tiru riru, możesz mi naskoczyć''. No i skubany skacze, odbija się od studni niczym od trampoliny i mija barierę, która miała być gwarantem mojego bezpieczeństwa. Nagniatam na pedały jak tylko potrafię, ale molos nie odpuszcza. Dwukrotnie jego szczęka jest blisko wbicia się w moją nogę. W końcu zostaje w tyle, a ja oddycham z ulgą. Koło południa słońce mocno już przygrzewa. W obecności tryskających wód artezyjskich robię sobie dłuższą przerwę na chłodny prysznic i kontemplację bogatej przyrody. W oddali ukazują się potężne góry z ośnieżonymi szczytami. Gdy zbieram się do powrotu na trasę, z przeciwnej strony zjeżdża grupa polskich cyklistów. Mówią, że nie czeka mnie łatwe zadanie. Im bliżej przełęczy tym droga w gorszym stanie i bardziej stroma. Ja z kolei ostrzegam ich przed grasującymi psami pasterskimi. 

Ruszamy w przeciwnych kierunkach i po jakimś czasie równam się z traktorem ciągnący naczepę z trzema osobnikami. W pozdrawiającym geście machamy do siebie nawzajem. Stwierdzam, że jadę zbyt wolno, więc staram się ich wyprzedzić. Wąska droga nie pozwala mi jednak na ten manewr. Jeden z pasażerów daje mi do zrozumienia, że mogą mnie zabrać na stopa. Po aprobującym kiwnięciu głowy staję się kompanem załogi udającej się na wycinkę lasu. Po chwili zdaję sobie sprawę, że wygodniej jechało się na rowerze. Tu mocno rzuca i miota na licznych wertepach, więc ciężko o równowagę. Po długiej i niekomfortowej jeździe docieramy do miejsca gdzie traktor robi nawrotkę i zatrzymuje się na dobre. Ściągam rower i szykuję się do drogi, jednak nowo poznani towarzysze nie pozwalają mi ruszyć. Rozkładają w cieniu koc, na którym ląduje skromny poczęstunek. Nie braknie również czaczy. Po pierwszym wygłoszonym toaście, próbuję się wykręcić z kolejnych. Moje tłumaczenia nie są przyjmowana i wychylam szklanicę za szklanicą. Nie ma zmiłuj, trzeba pić za przyjaźń gruzińsko-polską. Uczta trwa w najlepsze, a ja czuję, że jestem już porobiony. W pewnym momencie najstarszy w grupie próbuje przywołać towarzystwo do porządku i apeluje o zabranie się za to po co tu przyjechali. Szybko jednak zostaje zripostowany stwierdzeniem:  ,,Rabota ne volk - v les ne ubezhit''. Tłumaczę, że u nas w rolę wilka wciela się zając i śmiejemy się do rozpuku wszyscy, nawet niecierpliwy drwal. Miła, ale wyczerpująca przerwa w końcu dobiega końca. Żegnam się czule i lekko chwiejąc się zostawiam druhów za plecami.

Pokonuję parę zakrętów i czuje, że usycham. Zsiadam z roweru i w ramach orzeźwienia, a może bardziej otrzeźwienia, staję pod skalną ścianą, z której spada zimny strumień. Ponadto uzupełniam stan wody pitnej, przystawiając wszystkie puste butelki jakie posiadam. Przez kolejne godziny jadę odcinkiem bez oznak żywego ducha. Powoli kończy mi się woda. Włączam tryb oszczędnościowy w nadziei, że znajdzie się jakieś źródło. W końcu drogą, którą mozolnie się wspinam, zaczyna spływać strumyczek. Skądś musi spływać, więc z większą ochotą naciskam na pedały, ale szansa na nabranie wody się nie pojawia. W ostatniej butelce zostaje mi ostatni łyk. Zdesperowany padam na kolana przed wcięciem drogowym i nadstawiam otwartą buzię nad wąskim ciurkiem opadającej wody. Uradowany czerpię przez parę minut i wcale mi nie przeszkadza, że woda ta za nim do mnie dotarła musiała pokonać zapiaszczoną i wypełnioną krowymi odchodami drogę. Za kolejnym zakrętem woda spada ze skały, więc wylewam to co nabrałem przed chwilą i uzupełniam ponownie braki.

Trasa coraz bardziej biegnie w górę, co zwiększa moje zmęczenie. Powoli oswajam się z myślą, że mogę nie dać rady. Od dłuższego czasu w miarę prosta droga prowadzi mnie na Szcharę (5193 m n.p.m). Przejeżdżam przez osadę, na którą składają się raptem 4 drewniane domki. Jeszcze 2 godziny i zapadnie zmrok. Z mapy wynika, że do Uszguli jakieś 20 km, a po drodze jest jeszcze jedna wioska, w której w przypadku niepowodzenia mam zamiar znaleźć schronienie. Pomimo braku sił postanawiam spróbować. Niestety moje tempo spada i z czasem przestaję się oszukiwać, że dojadę do wyznaczonego na dziś celu. Zatrzymuję jadący z naprzeciwka samochód i pytam o Koruldashi - punkt naniesiony na mojej mapie. Okazuje się, że właśnie znajdujemy się w tym miejscu. Rozglądam się dookoła i jedyne co widzę to sypiąca się zabudowa. Zostaję ostrzeżony, że jeżeli planuję rozbić tu namiot to lepiej, żebym rozpalił ognisko, inaczej mogą zjawić się wilki. Od napotkanych dostaję zapałki i siatkę gruszek. Samochód odjeżdża, a ja zostaję z dylematem. Przez parę dniu padało, podłoże jest mokre, więc nie łatwo będzie znaleźć suchy opał. W najbliższym otoczeniu i tak nie dostrzegam żadnych krzaków, czy zwalonych drzew. Opuszczone domy mają liczne braki w zadaszeniu, ścianach i otworach okiennych, więc ukrycie się w którymś z nich również nie wchodzi w grę. Szybko dochodzę do wniosku, że trzeba się stąd ewakuować. Jedyna możliwość to powrót do poprzedniej osady. Mimo licznych dziur w drodze szaleńczo pędzę z powrotem w dół. Przed zachodem docieram do Tseny, gdzie po pełnym wrażeń dniu znajduję schronienie w domku gościnnym.

28 września 2014
Dzień 6. Tsena - Mestia 22 km

Chęć dokonania tego co wczoraj nie było mi dane jest tak duża, że szybko zrywam się na nogi. Z samego rana jestem gotowy do drogi, gdy gospodarz zaprasza mnie na śniadanie. Składa się na nie jajecznica i przysmażane ziemniaki. Identyczne połączenie miała wczorajsza kolacja. Ciekawi mnie co bym dostał na obiad. Tego już się nie dowiem, bo parę minut po ósmej jestem w drodze. Do Mestii, gdzie umówiłem się z Pawłem mam jakieś 60 km. Niby nie wiele, ale w tych warunkach może okazać się to ponad moje siły. Nie mam też pewności czy spotkamy się na miejscu z tego względu, że ostatni kontakt mieliśmy ze sobą wczorajszego poranka i nie wiem jak mu idzie. Teraz jestem w takich rejonach, że tylko telefon satelitarny mógłby mnie z kimś połączyć.

Niebo pochmurne, a ja bez pośpiechu wspinam się szlakiem, który już dobrze znam. Wczorajszy dzień dał mi się we znaki. Dzisiaj pobolewa mnie kolano, więc nie forsuję tempa. Docieram do miejsca, gdzie na próżno szukałem schronienia. Przypomina mi się przestroga przed wilkami. Przez głowę przechodzi mi myśl - A co jeśli watahy grasują nie tylko w nocy? A są przecież jeszcze inne dzikie zwierzęta. Dajmy na to taki niedźwiedź. Jego maksymalna prędkość to 60km/h. Nawet jakbym ruszył ostro w dół to nie byłbym wstanie uciec. Odtąd jadę z duszą na ramieniu i zewsząd dopatruję zagrożenia. Jadę to trochę niewłaściwe określenie. Są momenty, że jest na tyle stromo, iż resztką sił prowadzę rower. Załącza mi się instynkt samozachowawczy. Za każdym zakrętem szukam potencjalnych miejsc, które mogłyby stanowić dla mnie schronienie. Uczucie bojaźni potęgowane jest faktem, że tułam się po terenach bez oznak drugiego człowieka. Ogrom przestrzeni, na którą los mnie rzucił samego. Dopiero po paru godzinach z naprzeciwka zjeżdża samochód, a w nim jak się okazuje grupa Ukraińców. Uznają mnie za świra, że porwałem się na taki pomysł, ale z troską pytają się czy czegoś mi nie brakuje? Jedyne braki jakie odczuwam to te w sferze własnych sił. Pocieszają mnie, że już nie wiele mi zostało do przełęczy Zagaro. Pokonuję jeszcze parę zakrętów i nachylenie terenu rzeczywiście ulega zmianie. Nie ma jednak żadnej tabliczki, że znajduję się na przełęczy położonej na wysokości 2623 m.n.p., ale żywię przekonanie, że tak właśnie jest. Słońce, do tej pory ukryte, przebija się przez chmur, jakby na znak, że los się do mnie uśmiecha. Od teraz już tylko jadę. Stan nawierzchni jest dalej fatalny, ale nie przeszkadza mi to w gnaniu do celu. W pewnym momencie zaczynam czuć swąd. Okazuje się, że zjazd w permanentnej asyście tylnego hamulca jest przyczyną przegrzania w piaście. Miejsce gdzie dochodziło do sporych oporów polewam wodą, co powoduje skwierczenie. Mogę pędzić dalej.

Po kolejnych zakrętach oczom moim ukazuje się charakterystyczna dla całej Swanetii średniowieczna baszta ochronna. Myśl, że jestem już blisko powoduje, że zasuwam jakby na mecie czekała na mnie żółta koszulka Tour de Pologne. W końcu po godzinie 13-tej, po 13 kilometrowej wspinaczce i 7 km zjazdu docieram do Uszguli. Zakotwiczam się pod pierwszym napotkanym pensjonatem. Zamawiam obiad i myślę nad dalszym planem działań. Wrócił mi zasięg, więc dzwonię do Pawła. Okazuje się, że od wczoraj czeka na mnie w Mestii. Gorsza wiadomość jest taka, że musiał wymienić swoją Gazellę na jakiś inny, podejrzany sprzęt. Deklaruję, że jeszcze dzisiaj się zobaczymy. Oględziny kruzera potwierdzają moje obawy. Szaleńczy zjazd po nie równej drodze dał efekt w postaci 5 pękniętych szprych w tylnym kole i pojawienie się luzów w kierownicy. Po wszamaniu ciepłej strawy usuwam usterki i bez bagażu udaję się na zwiedzanie Uszguli. Rozglądam się również za możliwością podwózki do Mestii. Mnie i Pawła dzieli jedynie 36 km. W większości czeka mnie zjazd, ale jakoś odechciało mi się roweru. Ugaduję się z ekipą od handlu obwoźnego. Po obskoczeniu okolicznych wiosek będą wracać do Zugdidi i mogą mnie zabrać ze sobą. Ustalamy czas i miejsce odjazdu. Mam dobre 2 godziny zapasu. Poświęcam je na włóczenie się po urokliwych zakątkach Uszguli oraz na oczyszczanie z błota sprzętu i sakw. O godz. 17-stej podjeżdża bus i pakuję się na pokład do Dżano i Rioniego. Jazdę umilają nam dyskotekowe przeboje rosyjskiej muzyki. W każdej osadzie pojazd zatrzymuje się, a kierowca daje znak klaksonem. Wówczas zlatują się okoliczni mieszkańcy, którzy zaopatrują się w żywność i produkty codziennego użytku. Dochodzi do twardych negocjacji cenowych, niekiedy kończących się kłótnią. Ma miejsce również handl wymienny. Jeden Gruzin oddaje worek ziemniaków za zestaw środków czystości. Moi współtowarzysze mówią, że zjeżdżają ten rejon codziennie, a biznes ostatnio kręci się na dobre. Wynika to z tego, że jeszcze dwa miesiące i okolice te będą odcięte od świata, więc miejscowi robią powoli zapasy na zimę. Po licznych postojach w końcu dojeżdżamy do Mestii i znajdujemy hostel, w którym czeka na mnie Paweł. Wpadamy sobie serdecznie w ramiona. Poznaję parę Łotyszy, z którymi skumał się Paweł. Nadrabiam zaległości w ich pijackim kumplowaniu i po zalogowaniu się w pokoju oraz wzięciu upragnionego prysznica ruszamy na nocne harce po mieście.








sobota, 17 stycznia 2015

26 września 2014
Dzień 4. Orbeli - Lentekhi 72 km

Wczorajsza noc okazuje się brzemienna w skutkach. Mocno wysuszeni i z pękającymi dyniami wstajemy przed południem. Dzień wita nas słońcem i gotowym śniadaniem. Zasiadamy do stołu, przy którym dziadek raczy nas winem na rozruch. Oczywiście, że nie odmawiamy. W ramach podziękowania za gościnę wręczamy magnes z widokiem naszego miasta (był to nasz zwyczaj w czasie całej wyprawy). Mój imiennik dostaje dodatkową pamiątkę-koszulkę reprezentacji Polski. Żegnamy się serdecznie z całym towarzystwem. Naszym przewodnikiem do głównej drogi zostaje sąsiad przyjaznej rodziny. Siecią wąskich alejek kluczymy wraz z nim po wiosce, aż w końcu docieramy do celu. Niechętnie wsiadamy na rowery. Mija dobre 5 minut męczącego podjazdu i znajdujemy się w miejscu gdzie wczoraj mieliśmy rozbity namiot. Gruzińskie toasty dają się we znaki i teraz na miano rozbitych zasługują nasze głowy. Bez większego namysłu robimy sobie dłuższą przerwę, ile w końcu można pedałować? Wracamy na drogą, która lituje się nad naszym losem. Zanosi się na długi zjazd. Niestety nie jest nam dana błogie podróżowanie - pojawia się problem z Gazellą. Paweł mocno musi naciskać na rączkę tylnego hamulca, a skutek jego wysiłku jest niezadowalający. Dodatkowo hamowaniu towarzyszy głośnie chrobotanie. Naciągnięcie linki nie przynosi efektu. Problem musi tkwić wewnątrz mechanizmu, który jest dla nas zagadką. Ruszamy dalej, ale jazda staje się mało komfortowa. W obawie przed licznymi ostrymi zakrętami, Paweł cały czas porusza się powoli. Zjazdowy etap, który powinniśmy pokonać w ekspresowym tempie dłuży się i dłuży. Wczesnym popołudniem w końcu docieramy do większej miejscowości - Tsageri. Nadzieja na znalezienia serwisu rowerowego szybko zostaje zgaszona przez miejscowych. Kontynuowanie jazdy bez sprawnych hamulców nie ma najmniejszego sensu. Sytuacja nieciekawa. Powrót do Kutaisi i tam szukanie kogoś kto usunie usterkę wydaje się jedynym rozwiązaniem. Udaje się nam zdążyć na ostatni transport do miasta naszego startu. Ciężko mi zrezygnować z celu jakim jest zdobycie najwyżej w Europie położonej stałej osady, więc Paweł pakuje się do pojazdu sam. Marszrutka odjeżdża, a ja w duchu żywię przekonanie, że wszystko się ułoży i że za dwa dni nasze ścieżki zejdą się w Mestii.

Po długiej przerwie, jaka upłynęła na rozwikłanie zagwozdki wracam na trasę. Droga od Tsageri jest w dobrym stanie, ale cały czas pod górę. Syndrom dnia wczorajszego odpuścił sobie, więc mocno zmotywowany staram się grzać ile sił w nogach. Uroków krajobrazu nie jest wstanie popsuć nawet szarawe niebo. Docieram do Lentekhi, gdzie bezskutecznie poszukuję gruzińskiej karty do telefonu. Na wylocie z miasta spotykam parę autostopowiczów z Wrocławia. Klara i Piotrek czekają w tym miejscu na okazję od paru godzin. Sporo czasu mija nam na rozmowie. Wymieniamy się dotychczasowymi przeżyciami i dalszymi podróżnymi planami. W końcu żegnam się z nimi i wracam do pedałowania. Pokonuję jeszcze parę kilometrów. Dzień chyli się ku końcowi, więc zbaczam z trasy i znajduję odosobnione miejsce na nocleg. Twarde podłoże okazuje się niełatwe przy wbijaniu śledzi, ale jakoś się udaje. Przed zapadnięciem zmroku leżę już w namiocie i tylko myślę czy szumiąca w dole rzeka pozwoli zamknąć powieki. Noc robi się chłodna do tego stopnia, że zarzucam na siebie dodatkowe warstwy odzienia. Zimno dalej jednak dokucza, więc co jakiś czas rozgrzewam się czaczą. Nazbierało się trochę tych płynnych specyfików podarowanych przez napotkanych Gruzinów.

niedziela, 4 stycznia 2015

24 września 2014
Dzień 2. Hrasili - Nikortsminda 45 km 

Budzimy się i powoli dochodzimy do siebie po nocnej biesiadzie z panem Tengizi. Zasiadamy do stołu, na którym lądują produkty na śniadanie. Nie brakuje również już dobrze znanego nam wina. Widok za oknem nie napawa optymizmem - z nieba leje jak z cebra. W nadziei na zmianę aury, mozolnie instalujemy cały nasz podróżny majdan. W końcu niechętnie opuszczamy dom naszego gospodarza. W strugach deszczu pan Tengizi asystuje nam w zejściu do głównej drogi. Pokonanie tego spiralnego szlaku okazuje się trudniejsze niż wczoraj. Całonocne opady zrobiły swoje i przy każdym stawianym kroku musimy uważać na grząski grunt. Na dole żegnamy się serdecznie z naszym dobrodziejem i z Pawłem ruszamy dalej, a Adrian cofa się do wiejskiego sklepu, gdzie wczoraj zostawił kask. Droga cały czas wije się pod górę. Pada obfity deszcz, czasem tylko traci na sile, robiąc nadzieję, że w końcu odpuści na dobre. Tak się jednak nie dzieje. Jesteśmy już mocno przemoknięci gdy dopada nas Adrian. Przez jakiś czas towarzyszy nam w trudnym podjeździe. Niekiedy jest na tyle stromo, że decydujemy się na mniej męczącą jazdę od jednej do drugiej krawędzi asfaltu. Adrian postanawia wskoczyć na swój poziom pedałowania i zostawia nas w tyle. Przy pożegnaniu stwierdzamy, że może się jeszcze spotkamy na naszym szlaku. Swoim tempem kontynuujemy podróż w coraz większych strugach. Jest jak u Forresta Gumpa - pada w każdy możliwy sposób. Nasze wzajemne milczenie jest przerywane jedynie przez desperackie wykrzykiwanie wulgaryzmów. Brakuje sił, morale siada. Naszym oczom ukazuje się przydrożna garkuchnia. Bez większego namysłu postanawiamy zatrzymać się tu na dłużej. Właściciel Timur i jego komanda na nasz widok ulegają ożywieniu. Wygląda tak jakby cały dzień czekali na pierwszych klientów. Przebieramy się w suche rzeczy i wchodzimy do luźno zbitego deskami baraku. Na zewnątrz trwają zabiegi rozpalenia grilla, a na naszym stole w pierwszej kolejności pojawia się czacza - wysokoprocentowa wódka produkowana z winogronowych wytłoków. Gruziński aperitif, choć niezbyt przyjemny w smaku, idealnie rozgrzewa oraz pobudza jeszcze bardziej nasz apetyt. Gdy na talerzach lądują ciepłe wiktuały zjawia się niespodziewany gość.
Okazuje się, że Adrian zamiast gnać do przodu w pewnym momencie zrobił sobie dłuższą przerwę i skrył się przed niekorzystną pogodą w pustostanie. Nasz trzeci kompan dosiada się do biesiady. Czas błogo nam upływa na rozmowie z Timurem, opróżnianiu talerzy oraz wychylaniu szklanic do licznych toastów. Deszcz się lituje i już tylko siąpi. Mocno rozgrzani czaczą wracamy na trasę. Po przeszło godzinnej jeździe zatrzymujemy się w miejscowości Nikortsminda. Tu rozglądamy się za noclegiem. Grupka Gruzinów zaprowadza nas do pana Cimura, u którego odpłatnie zatrzymujemy się na noc.

25 września 2014
Dzień 3. Nikortsminda - Orbeli 65 km 

Całą trójką wstajemy koło godziny 9. Adrianowi jest śpieszno. Zaraz po wypiciu herbaty wskakuje na rower i rusza w trasę. Już nic nie powstrzyma jego mocniejszego tempa, więc widzimy go ostatni raz. Paweł dokańcza pakowanie, a ja ruszam na zwiedzanie równo tysiącletniej katedry, która znajduje się tuż za płotem posiadłości pana Cimura. Po moim powrocie żegnamy się z naszym gospodarzem i ruszamy w drogę. Z wielką ulgą odkrywamy, że trasa ulega zmianie i teraz mamy cały czas w dół. Niebo usiana jest ciemnymi chmurami, które na szczęście tylko straszą oberwaniem. Szybka jazda i zimne powietrze zmuszają nas do zarzucenia grubszych warstw odzieży. Przed południem dobijam do miejscowości Khotevi. Mamy skostniałe dłonie, więc w pierwszym napotkanym sklepie zaopatrujemy się w robocze (do zimy jeszcze daleko i innych nie ma) rękawice. W centrum natomiast robimy sobie dłuższy postój. Kupujemy świeżo upieczony, płaski jak pizza chleb oraz produkty do obłożenie. W sąsiedztwie rwącego potoku siadamy na ławce i raczymy się późnym śniadaniem. Czas mija nam również na obserwacji spraw codziennych Gruzinów. Szczególnie zwracamy uwagę na pracę miejscowej policji. Funkcjonariusze siedzą sobie w swoim terenowym radiowozie i ani myślą wychylać się z ciepłego wnętrza. Gdy ktoś budzi ich podejrzenie, przywołują delikwenta grubym głosem, który rozbrzmiewa z głośnika zamontowanego na dachu nowiutkiej Toyoty. Wracamy na trasę, która niestety ponownie pnie się w górę. Po krótkim czasie zaczyna siąpić. W myślach zastanawiam się, czy ta Gruzja uwzięła się na nas, że ponownie funduje nam pakiet deszcz plus podjazd? Szczęśliwie od stolicy regionu - Ambrolauri chmury nam odpuszczają. Droga też jakby łagodniejsza. Jedziemy w malowniczej scenerii. Z prawej strony ocieramy się o skaliste ściany, z lewej piętrzą się liściaste drzewostany, a w dole szumi wijąca się Rioni. Po jakimś czasie żegnamy się z rzeką i dobijamy do pewnej wioski. Na myśl o morderczym podjeździe, który jawi się nam przed oczami, robimy sobie przerwę przy bijącym źródle wody. Z wpatrującego tłumu miejscowych podchodzi do nas starszy jegomość. Po krótkiej rozmowie odchodzi i wraca z czaczą własnej roboty. Z wysokoprocentowym prezentem ruszamy w drogę, która tak jak przypuszczaliśmy daje nam w kość. Dzień zbliża się ku końcowi, więc po wdrapaniu się serpentyną na najwyższy punkt wąskiego szlaku postanawiamy rozbić się. Parę metrów zbaczamy z drogi i w ukryciu rozbijamy namiot. Z pięknym widokiem na dolinę zasiadamy do kolacji, gdy nagle wita się z nami młody pasterz. Ni w ząb nie idzie zrozumieć jego gruzińskiej mowy. Domyślamy się tylko, że proponuje nam nocleg. Odpalamy  tłumacza zainstalowany w telefonie, który potwierdza nasze domysły. Chwilę próbujemy przekonać naszego rozmówcę, że nie trzeba, w końcu mamy już postawiony namiot i lada moment będziemy szykować się do snu. Jednak Dawit [sic!] nie daje za wygraną i każe nam się pakować. Na marginesie dodam, że swoich imienników spotkałem sporą ilość na całym Zakaukaziu i za każdym razem byli przekonani, że imię to ma nie biblijne, a właśnie gruzińskie pochodzenie. Po godzinie jesteśmy gotowi do drogi. Zgodnie z umową wraca do nas Dawit razem z dwoma kolegami i niezliczoną ilością krowich koleżanek. W totalnych ciemnościach schodzimy ukrytymi ścieżkami do wioski. Po drodze co rusz wdeptujemy w śliski materiał. Oby błoto, a nie niespodzianki po współtowarzyszkach. W końcu docieramy do domu, gdzie wita nas serdecznie reszta rodziny. Dostajemy zaproszenie do stołu, gdzie przez jakiś czas jedynymi naszymi kompanami są wódka oraz mocno wygadany dziadek. Niestety rozmowy naszej nie można uznać za komunikacją. On swoje po gruzińsku, my swoje po ''słowiańsku''. Co jakiś czas przychodzi głowa rodziny i uzupełnia nam braki w kieliszku. Przekonujemy się, że nie tylko my mamy problem ze zrozumieniem co mówi dziadek. W pewnym momencie nastaje przerwa w dostawie prądu. Szybko pojawia się Dawit, rozkłada rozpalone świeczki i wraca do sobie znanego miejsca. Blask ognia rozbija się o boazeryjne ściany i sfatygowaną twarz naszego leciwego towarzysza. Trwamy jeszcze przez moment w tej magicznej ciszy, gdy zjawia się cała reszta rodziny wraz z obficie naładowanymi talerzami. Rozpoczyna się nasza supra. Nie możemy wyjść z podziwu nad tymi wszystkimi potrawami, które zostały przygotowane w tak błyskawicznym tempie. Uczta dla podniebienia jest przerywana smakiem ciepłej wódki, którą wlewamy w siebie przy okazji licznych toastów. Osiemdziesięcio dwu letni, jak się okazuje, dziadek nie pozostaje nam dłużny. Z tą różnicą, że u niego w gardle ląduje szlachetniejszy, niż nasz trunek. Rozmowy toczą się z głową rodziny, tylko on z całego rodu zna rosyjski. Niekiedy pośredniczy w komunikacji z resztą. Z czasem przywrócona zostaje elektryczność.
Niestety, i nie chodzi tylko o to, że tracimy ciekawą atmosferę tworzoną przez blask świec. Zostaje włączony telewizor, który szybko zostaje ustawiony na PoloTV. Długo musimy przekonywać, że wolimy coś gruzińskiego. Mamy już mocno w czubie, gdy zostajemy zaprowadzeni do piwnicznych poniszczeń. Tu podziwiamy mnogość przetworów, darów od matki natury. Kosztujemy również wino bezpośrednio z beczki, co okazuje się końcowym gwoździem. Chwiejnym krokiem zostajemy doprowadzeni do pokoju, gdzie każdy z nas pada na swoje łóżko.


czwartek, 20 listopada 2014

23 września 2014
Dzień 1. Kutaisi - Hrasili 54 km 

Po przeszło 3 godzinnym locie meldujemy się na lotnisku w Kutaisi. Jest godzina 5:45. Jesteśmy po nieprzespanej nocy. Na domiar złego pozostajemy jeszcze pod wpływem płynnych specyfików nabytych na bezcłówce w Katowicach. Miało być delikatnie, na spokojny sen, a skończyło się jak zwykle. Mocne przetarcie przed pobytem w kraju winem i czaczą płynącym. W oczekiwaniu na zmniejszenie kolejki do odprawy, przybieramy pozycje siedzące. W końca przychodzi na nas pora. Nasze mętne spojrzenia na szczęście nie budzą zastrzeżeń celników i w naszych paszportach lądują upragnione pieczątki z napisem "GEORGIA". Bez trudu, na już prawie pustym taśmociągu, znajdujemy nasze kartonowe pakunki, w których mieszczą się rowery i cały majdan do objuczenia ich. Rozpakowaniem bagażu zajmujemy się na zewnątrz. Poza jedną dziurą w moim skórzanym siodle nie znajdujemy więcej strat w sprzęcie. Przystępujemy do skręcania jednośladów, co w naszym stanie okazuje się mozolnym zajęciem. O wiele szybciej ta sztuka wychodzi Adrianowi, którego poznaliśmy chwilę przed wylotem. On, tak jak my, przywiedziony na Kaukaz chęcią przeżycia rowerowej przygody. Jego początek trasy pokrywa się z naszymi planami, więc pada propozycja wspólnej podróży. W czasie naszego gramolenia nie możemy opędzić się od taryfiarzy, którzy chcą się zaopiekować za drobną opłatą naszymi kartonami - będą one jeszcze nam potrzebne na lot powrotny. Tryb oszczędnościowy bierze jednak górę. Postanawiamy przewieźć je sami do hostelu znajdującego się w centrum Kutaisi. Hostel ten, zachwalany w przewodnikach, jest również miejscem gdzie chcemy kupić kartusze do kuchenki turystycznej. Nasz nowy kompan pomaga nam w dokończeniu montażu i po godzinie 9-tej jesteśmy gotowi do startu. Mój i Pawła karton składam w pół, przeplatam linką i przewieszam przez ramię. Adrian z kolei instaluje złożone pudło na bagażniku. Szybko okazuje się, że jazda z kartonami jest niewygodna. Upalny poranek i kac też robią swoje. Znajdujemy opuszczoną, ale zamkniętą stację benzynową. Po długiej dyskusji chowamy nasze tekturowe pakunki za kratownicę otworu okiennego rozwalającego się obiektu. Pokładamy spore nadzieje, że nie zmienią one właścicieli. Wracamy na gwarną trasę, która ma nas doprowadzić do centrum drugiego co do wielkości miasta Gruzji. Powoli zaczyna się zwarta zabudowa i pojawiają się pierwsze sklepy. Niestety nie mamy jeszcze tutejszej waluty, a suszy niemiłosiernie. Droga zaczyna nam się dłużyć. Zniecierpliwieni pytamy miejscowego jak daleko do śródmieścia, gdzie znajdziemy jakiś bank? Zbyt daleko. Paweł jest na tyle zdesperowany, że postanawia kupić wodę za euro. Pani ekspedientka nie zna się na kursie i z trudem daje się przekonać, że 5€ za dwie butelki nie przyniesie jej straty. Koło południa w końcu dobijamy do centrum. Pierwsze skrzyżowanie bez sygnalizacji świetlnej i już wiemy, że trafiliśmy do miejskiej dżungli, typowej dla postsowieckiej rzeczywistości. Chaos, rozpędzone samochody, klaksonowa kakofonia i ciągła walka o dominację na drodze. Mija sporo czasu zanim w kilku etapach udaje nam się znaleźć po pożądanej stronie ulicy. Udajemy się na poszukiwanie kantoru, w którym nabywamy sporą ilość gruzińskich lari. Pierwszych zakupów dokonujemy w barze szybkiej obsługi. Poznajemy smak chaczapuri, który będzie nam towarzyszył do końca naszego pobytu na Zakaukaziu. Ustalamy również plan działania. Priorytetem staje się dla nas zdobycie butli gazowych do kuchenki. Adrian uznaje, że nasze wolne tempo jest dla niego niezadowalające, więc postanawia oddzielić się od nas. My natomiast robimy sobie dłuższą przerwę, po której stromym podjazdem dostajemy się na wzgórze Ukimerioni. Miejsce to jest hostelowym zagłębiem. Od przeszło dekady okoliczni mieszkańcy przystosowują tu swoje jednorodzinne domy na kwatery dla turystów. Znajdujemy hostel, w którym zgodnie z informacjami zdobytymi jeszcze w Polsce, sprzedawane są kartusze. Niestety żaden z dostępnych nie pasuje do modelu naszej kuchenki. Trudno, jakoś będziemy musieli przeżyć bez codziennej porannej kawy i ciepłej strawy. 

   
Kutaisi to miejsce, z którego za równe 29 dni mamy lot powrotny, więc zwiedzanie stolicy Imeretii odkładamy w czasie. Obieramy kierunek na Swanetię i późnym popołudniem opuszczamy miasto. Wybrana droga do naszego pierwszego celu jest okrężna, ale za to mniej ruchliwa i bogatsza w atrakcje turystyczne. Zaczyna się mocny podjazd, którego końca nie widać. Niestety zmęczenie i syndrom dnia wczorajszego stają się przyczyną przeoczenia zajazdu na monastyr Gelati. Droga rzadko kiedy daje nam odpocząć. Z prawej strony zaczynają ujawniać się zarysy gór Raczyńskich. Upalny dzień powoli dobiega końca. W wiosce Hrasili postanawiamy przerwać nasze męki i zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Zaczepiamy miejscowych, do których kierujemy kluczowe dla całego wyjazdu pytanie: "SKAZITE PAŻALSTA GDE MY MOŻEM POSTAWIT PALATKU?" (Powiedz proszę gdzie możemy rozbić namiot?). Na marginesie należy zaznaczy, że dla Gruzinów i Ormian jedynym znanym językiem obcym jest język rosyjski. W nielicznych przypadkach ktoś zagadywał do nas po angielsku, ale przeważnie była to improwizacja, podobna do naszej po rusku... Dostajemy aprobatę na rozbicie się przy sklepie i już chcemy to uczynić, gdy nagle podbiega do nas zadyszany Adrian. Na naszych twarzach maluje się zdziwienie, aż w końcu wyjaśnia nam, że został zatrzymany przez tutejszych i zaproszony na suprę - tradycyjną gruzińską ucztę. Adrian zaprowadza nas do miejsca, gdzie w miłej i mocno zakrapianej atmosferze stopniała jego parogodzinna przewaga nad nami. Tu okazuje się, że z grona współbiesiadników tylko pan Tengizi ma ochotę kontynuować ucztę, więc zaprasza nas do siebie. 

Uradowani prowadzimy rowery głównym szlakiem, by po chwili z niego odbić. Dobry kilometr wspinamy się serpentyną do domu naszego gospodarza. U progu jesteśmy przywitani przez jego żonę i matkę. Siadamy do stołu, na którym momentalnie ląduje dzban wina własnej produkcji. Kobiety zaczynają się krzątać po kuchni, a my ze skupieniem wsłuchujemy się w liczne toasty pana Tengizi, po których przechylamy do dna szklanice pysznego trunku. Dzban jest sukcesywnie dopełniany, a stół wzbogaca się o lokalne wiktuały. Wystarczy, że z jednej misy zniknie parę kawałków chleba, a gospodyni już szybko interweniuje i uzupełnia ''braki''. Zawsze musi być pełno. Kobieta cały czas poza biesiadą. Dopiero jak męskie grono wydaje się najedzone do syta, pozwala sobie na nałożenie skromnej porcji i siada na taborecie, z dala od naszego stołu. Podobny scenariusz przerabialiśmy jeszcze parokrotnie w czasie naszej wyprawy. Widocznie taka kultura, nie nam oceniać, ale niech Polki wiedzą jak dobrze z nami mają:) Po wieczornej uczcie jesteśmy zaprowadzeni na górę, gdzie czekają na nas wcześniej przygotowane posłania. Każdy z nas dostaje swoje łózko. Jeszcze tylko odśpiewujemy ,,O mój rozmarynie” przy akompaniamencie Adriana na pianinie i po pełnym wrażeń dniu idziemy spać.

piątek, 19 września 2014

Komu pocztówkę?



     Jeśli ktoś chcę dostać pocztówkę z dalekiego Kaukazu ma ku temu okazję. Chętnie uraczyłbym Was wszystkich tym nieco zapomnianym zwyczajem, ale wówczas pewnie nie miałbym za co wrócić do kraju:) Z tego co się orientowałem to koszt wysłania widokówki z Gruzji oscyluje wokół 15 PLN. Zatem jak ktoś ma ochotę niech podeśle ową kwotę na wskazany poniżej numer konta. W tytule proszę wpisać ''Pocztówka'' oraz dane adresowe, jeśli są inne, niż te przypisane do konta użytkownika. Można oczywiście wpłacać więcej i tym samym stać się cichym sponsorem wyprawy. Nadwyżka zostanie spożytkowana na szczytne cele, m.in. zakup gruzińskich win, a dobroczyńcy będą mogli liczyć na wznoszenie toastów za ich zdrowie. Dziwny kraj ta Gruzja; instytucja poczty w naszym rozumieniu tam nie istnieje. Są zaledwie dwa miejsca skąd można słać kartki: Batumi i Tbilisi. W stolicy planujemy być koło 12 października, więc do tego dnia trwa akcja pocztówkowa.


Dawid Tomiak

ul.Mławska 17 60-461 Poznań

ING Bank Śląski S.A.

83 1050 1520 1000 0091 3098 7051